Artystyczna podróż: Nieoczekiwany powrót do Polski i ucieczka na wieś
- 3 mar
- 5 minut(y) czytania
„Życie jest tym, co nam się przydarza, gdy jesteśmy zajęci planowaniem innych rzeczy.” — John Lennon

Przyspieszona objazdówka dookoła Włoch
Drogi Czytelniku,
Nawet w naszym niedoszacowanym planie podróży po Włoszech, nie zakładaliśmy, że będziemy tam tylko nieco ponad 2 miesiące! Początkowo wyobrażałam sobie, że będziemy jeździć po tym pięknym kraju i sprawdzać jak będzie nam się podobało mieszkać w różnych jego regionach, a że jest ich 20 to pewnie trochę czasu spędzilibyśmy w tej podróży. (Tak jak wspominałam w poprzednich postach opisując swoją podroż piszę w liczbie mnogiej, bo towarzyszył mi mój mąż, bez którego nie byłyby ona możliwa.)
Życie niestety zdecydowało za nas troszkę inaczej, ale że my jesteśmy otwarci na różne ewentualności, nie wdając się w szczegóły wróciliśmy na 5 miesięcy do Poznania, w którym poprzednio mieszkaliśmy.
Po drodze objechaliśmy włoski but dookoła, przejeżdżając jeszcze przez Massę położoną na północnym wybrzeżu Toskanii, klejnot Ligurii – czyli sławne Cinque Terre, smakowitą Bolonię i Triest, który okazał się być najmniej włoskim miastem w jakim kiedykolwiek byłam.
Poniżej żółtymi kropkami zaznaczyłam na mapie trasę, którą przejechaliśmy, a czerwonymi kropkami miejsca, w których zatrzymaliśmy się na dłużej.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, takim sposobem tegoroczną majówkę spędziliśmy spacerując po niezwykle deszczowym Cinque Terre, które pewnie zachwyca ferią barw w każdy inny słoneczny dzień. Nie wiem czy wiecie, ale to miejsce było inspiracją dla miasteczka narysowanego w animacji Luca.
W Bolonii spróbowaliśmy słynnych kanapek z mortadelą, które według mnie nie były tak oszałamiające, że chciałabym móc wrócić tam, żeby zjeść je ponownie. A umówmy się, że czasami rzeczy, których gdzieś próbujemy, nawiedzają nas w snach i marzymy, żeby zjeść je ponownie (mam nadzieję, że nie jestem w tym odczuciu sama).
Wystawa van Gogha i najmniej włoskie miasto Włoch
Miłą niespodzianką było odwiedzenie Triestu, który na pierwszy rzut oka skojarzył mi się nie wiedzieć czemu z... Gdańskiem! Architektura w tym mieście jest taka już mało śródziemnomorska, kanały jakby podobne do tych w Polsce, no i mentalność ludzi już bardzo europejska. Nie mam na celu tym określeniem nikogo obrazić, chciałabym tylko opisać swoje wrażenie. Np. na południu Włoch, z którego dopiero co przyjechałam, nie było opcji, że w jakiejkolwiek kawiarni zamówię matchę, a w Trieście było ją widać co krok. Ludzie na północy byli zdecydowanie mniej otwarci, mniej uśmiechnięci no i szok, bo mówili po angielsku. Nawet styl ubierania przechodniów był inny. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jednak pociągają mnie te temperamentne słoneczne Włochy południa, gdzie ludzie są barwni, głośni, zaczepiają Cię na ulicy i nigdy nie wiesz gdzie nawiążesz nowe przyjaźnie.
Przy okazji wizyty w Trieście odwiedziłam całkiem ciekawą wystawę obrazów Van Gogha w Muzeum Revoltella. Moją uwagę zwrócił cytat, który zamieszczam poniżej. Często odkrywam, że artyści na przestrzeni lat są do siebie podobni, zachwycamy się podobnymi rzeczami, wzruszają nas te same miejsca czy rzeczy. I zgadzam się z Vincentem, że Paryż to jednak Paryż!

Lato w wielkim mieście vs. lato na wsi
Powrót do Polski, szczególnie do dużego miasta, w którym miałam zamiar już nigdy nie mieszkać, był trudny. Bo bardzo cieżko jest zamienić widok na morze z widokiem na sąsiedni blok z wielkiej płyty. Zastanawiałam się jak mogłam wcześniej (przez wszystkie lata studiów) nie słyszeć tego ciągłego hałasu dużego miasta. Mieszkając w wysokim bloku przy ruchliwej drodze, zasypiałam do dźwięków przejeżdżających karetek, a dodatkowo upał w mieszkaniu utrudniał cieszenie się z czasu nadchodzącego lata.
Przez całe lato w ciągu tygodnia pracowałam w mojej ukochanej pracy z okresu studiów – konserwacji zabytków, mimo tego ciężko mi było nacieszyć się latem jedynie popłudniami. Upocona wracałam rowerem do mieszkania przejeżdżajac przez największe skrzyżowania w Poznaniu. Trasa rowerowa do pracy zajmowała mi aż godzinę, ale jako alternatywę miałam 40 min jazdy komunikacją miejską. Po takiej przejażdżce nie miałam już ochoty wychodzić na spacery, demotywowało mnie to, że żeby zobaczyć skrawek natury muszę przejść najpierw 2 km przez wielkie ruchliwe ulice lub wsiąść do auta, żeby podjechać do parku czy nad jezioro, które w tym czasie oczywiście były bardzo oblegane.

Zmęczeni, co weekend uciekaliśmy z miasta na wieś, do rodzinnej miejscowości mojego męża. Spędziłam w ten sposób piękne polskie lato, jedząc warzywa i owoce prosto z ogrodu, spacerując pośród pól obsypanych dzikimi kwiatami, pływając w jeziorze i malując w plenerze swojskie krajobrazy.



Mój obraz na wystawie DESA i wygrana na loterii
Zachęcona przez konserwatora, u którego obecnie pracowałam, żeby dmuchać w żagle pasji malarstwa i zrobić większy krok w rozwoju malarskiej kariery, postanowiłam wysłać swój obraz na konkurs organizowany przez Desa Unicum i markę Converse. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że zostałam jedną z kilku laureatów konkursu i mój obraz zakwalifikował się na wystawę, którą można było podziwiać w Pop-up Converse w Pawilonie 512 nad Wisłą.
To było naprawdę szczęśliwe lato i większy taki dowód dla mnie samej, że to co robię jest wartościowe oraz docenia to największy dom aukcyjny w Polsce!

Dalsza część z przymrużeniem oka:
Żeby tego było mało, mailem przyszła do mnie wiadomość o wygranej na loterii! Może nie było to lotto, ale wzięłam udział w loterii Monster Munch czyli tzw. czipsów duszków i wiecie co? Wygrałam. Może to nie były zawrotne pieniądze, ale dostałam bon do decathlonu, za który kupiłam sobie kask rowerowy (który miał mi się przydać, bo kilka dni później miałam wypadek wracając rowerem z pracy), maty do jogi dla mnie i mojego męża oraz buty do biegania... w dolnej Normandii (ale o tym później ;) ).
Niespodziewana znajomość i pierwsze zlecenie
Malując przy polnej drodze pewnego spokojnego letniego wieczoru, niepodziewanie nawiązałam znajomość z lokalnym pszczelarzem, który z okazji swoim 80-tych urodzin zamówił u mnie obraz swojej pasieki z nim siedzącym pośród uli. To było moje pierwsze poważne malarskie zlecenie i jestem wzruszona, że ktoś chciał żebym namalowała dla niego to co kocha! Dostałam też od niego kilka miodów oraz zaopatrzyłam się w wosk pszczeli do zrobienia świec.

Podczas gdy tydzień spędzany w Poznaniu, nawet przy najwspanialszej pracy w konserwacji ciągnął się dla mnie w nieskończoność, weekendy przelatywały jak klucze ptaków pod koniec lata. Zaczął się wrzesień a wraz z nim powstały plany kolejnej podróży. O tym opowiem następnym razem :)
Zaproszenie
Chcę opowiedzieć Ci jak przebiegała moja Artystyczna Podróż krok po kroku — przeprowadzić Cię przez miejsca, w których mieszkałam, sztukę, którą tworzyłam, i refleksje, które mnie prowadziły.
Zapraszam Cię do wspólnej drogi— w poszukiwaniu domu, marzeń i odkrywania siebie.
Dziękuję, że tu jesteś. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej.
Do usłyszenia,
Lidia ♡











Komentarze